Szłam długim, ciemnym korytarzem, słyszałam jak ktoś mnie
woła: „Justyna! Kochanie, słyszysz mnie?” Ale nie zwracałam na to uwagi. Po
chwili szybkiego marszu zaczęłam biec. Wreszcie zrobiło się jaśniej. To dzięki
latarniom, takim jak w metrze, rozmieszczonym co jakieś 150 metrów. Nie mogłam
się zatrzymać, a raczej nie chciałam. Przyciągało mnie białe światło, które
znajdowało się na końcu tunelu. Uświadomiłam sobie, że to ono jest moim celem.
Przyspieszyłam. Kiedy zabrakło mi tchu, przystanęłam na chwilę. Zmierzyłam
wzrokiem odległość od celu… Co? Jak to możliwe…? Być może nie biegłam tak
szybko, jak mi się wydawało… Ale… To i tak niemożliwe.
Cel znajdował się nadal w tej samej odległości, co na
początku. Właściwie, to nie zrobiłam żadnego postępu. Syzyfowa praca… Zaraz.
Dlaczego porównałam to do mitologii, której nie znoszę? Spojrzałam za siebie.
Wołanie ustało. Teraz czułam tylko jak przechodzi mnie zimny dreszcz. Dreszcz…
strachu? Za mną nie było nic. NIC. Totalna pustka. Metr za mną rozciągała się
gigantyczna przepaść. Nagle coś mnie ogarnęło. Nie mogłam się ruszyć. Chciałam
krzyczeć, ale nie mogłam, a raczej nie byłam zdolna i coś sprawiło, że chwilę
po tym nie czułam już tego takiej potrzeby jak wcześniej. Poczułam jak spadam…,
albo unoszę się w powietrzu. Nie byłam pewna nawet tych podstawowych odczuć.
Czy to naprawdę takie trudne odróżnić czy się spada czy unosi w powietrzu?
Wariowałam.
***
Czułam pustkę. Niczym nowo narodzone dziecko. W sumie, to
nawet gorzej. Nie miałam wspomnień. Myślałam, ale te myśli zaraz znikały. Nie
miałam świadomości. Krzyczałam. Kopałam. Wierciłam się. Czułam, że coś krępuje
mi ręce. Nie mogłam otworzyć oczu. I te głosy. Znów się odezwały. Dziwnie się z
tym czułam, ale to właśnie one dodawały mi otuchy. Sprawiały, że nie chciałam
już krzyczeć, chciałam się uspokoić. Głowa mi pękała. To było chore. Wtedy głos
powiedział:
-Nawet nie wiesz jak bardzo mi Cię brakuje… Gdybyś dała choć
jeden marny znak, że tu jesteś… Że mnie słyszysz, pamiętasz…
-Daj sobie spokój – odezwał się drugi głos. Bardziej
doroślejszy, nieprzyjemniejszy. Zezłościłam się. – Ona umrze. Nie ma szans na
przeżycie. Tyle przeszła… Nie wiem w ogóle, dlaczego tak bardzo Ci zależy, żeby
wróciła. Nawet nie będzie Cię pamiętać. Popadasz w długi, żeby utrzymywać trupa
przy życiu. Co jeśli odetną prąd i jakimś żałosnym zbiegiem okoliczności…
-Zamknij się – warknął znany mi głos.
Właściwie nie wiedziałam… Bo… Słyszałam go wtedy w
korytarzu, ale teraz czułam, jakbym go znała od lat. Chciałam, żeby drugi głos
sobie poszedł. Pragnęłam słyszeć tylko pierwszy, kochany głos. Cisza.
***
Nagle poczułam w sobie dziwną, obcą i siłę. Usłyszałam
jakieś pikanie. Nie dość rytmiczne, ale stabilne. Odważyłam się. Na początku
chciałam tylko poruszyć ręką, ale postanowiłam zrobić coś więcej.
-Proszę – usłyszałam znajomy głos.
Wtedy moja powieka drgnęła.
***
-Zwariowałeś!
-Mógłbym przysiąc, że otworzyła oczy. Ona się zbudzi. Będę
czekać…
*************************************************************
zawaliłam. przepraszam, że tak późno, żę tak krótko, ale tak mi jakoś weny zaczęło brakować i na dodatek zboczyłam trochę z toru XD pozdrowionka ;) <3
Bardzo fajny blog :* Zapraszam też do mnie - http://been-waiting-for-a-girl-like-you.blogspot.com/ ;)
OdpowiedzUsuń